niedziela, 25 czerwca 2017

,

Paleo


Poszukiwanie idealnej diety wciąż trwa. Niestety żyjemy w czasach, gdzie wszystko jest coraz bardziej zmodyfikowane i chcąc się odżywiać zdrowo trzeba włożyć w to trochę wysiłku.

Dieta Paleo to odpowiedź na coraz bardziej zmodyfikowaną żywność i zanieczyszczone środowisko. 

O co chodzi w diecie Paleo?

Na pewnie nie o to, że mamy cofnąć się do paleolitu i jeść to, co wtedy ludzie. Paleo to styl życia, który jest bliski naturze. Spojrzenie na człowieka jak na całość, no to co je i pije, jak odpoczywa i jaką prowadzi aktywność fizyczną. Dieta Paleo to dieta możliwie najmniej przetworzona i jak najbardziej organiczna.

Dieta wyklucza zboża, cukier, rafinowane oleje, rośliny strączkowe oraz nabiał, a opiera się na warzywach i owocach, mięsie, rybach, jajach i orzechach.
 
Liczba i częstotliwość posiłków ma być instynktowna, czyli zależna od tego, co w swoim odczuciu potrzebujemy.

Więcej na temat diety Paleo możemy znaleźć w polskim przewodniku Poleo Iwony Wierzbickiej i Katarzyny Karus-Wysockiej. Książka składa się z części teoretycznej oraz praktycznej w postaci przepisów. Poniżej przepis na Halibuta w Pomidorach pochodzący z książki.

Halibut w Pomidorach


Składniki:
  • 2 filety z halibuta,
  • 250 g pomidorków koktajlowych,
  • przyprawy: 1/2 łyżeczki żółtej gorczycy, 3 owoce kardamonu, 3 ziarna ziela angielskiego, 1/2 łyżeczki kminku, sól,
  • 500 ml passaty pomidorowej,
  • 2 ząbki czosnku,
  • 100 ml mleka kokosowego.


Wykonanie:

Przyprawy rozdrabniamy na proszek możemy w moździerzu lub możemy użyć do tego blendera. 

Na patelni wrzucamy przepołowione pomidorki koktajlowe, dodajemy passatę, następnie czosnek wyciśnięty przez praskę i mieszkankę przypraw. Dolewamy mleko kokosowe i dokładnie mieszamy. Całość dusimy tak długo, aż pomidorki zrobią się miękkie. Wrzucami halibuta pokrojonego na mniejsze kawałki i zostawiamy na ogniu przez ok. 5 minut lub do czasu aż halibut będzie gotowy do spożycia. 

Przed podaniem posypujemy natką pietruszki lub koperkiem.








niedziela, 18 czerwca 2017

,

Palma


Lato w pełni a palma odbija 🌴

Moja ulubiona pora roku wciąż trwa i rozkręca się z dnia nadzień! Mam w planach wykorzystać każdy słoneczny dzień 🌞 na całego. Przesyłam duuuużo pozytywnej energii! A jak energia to młodzieżowa stylizacja, trochę taka inaczej niż na co dzień.

Szorty Bershka

Koszulka Sinsay

Trampki Blink kupione na Answear













czwartek, 15 czerwca 2017

Tort Oreo


Na wyjątkowe okazje, piecze się wyjątkowe ciasta 🎂! 

Tort Oreo to zdecydowanie coś dla fanów ciastek Oreo, ale myślę że nie tylko dla nich.

Nie ukrywam, że tort jest pracochłonny, piekłam go dopiero drugi raz w życiu. Jednak, warto jest go zrobić, bo zadowolona mina gości - bezcenna. 



Składniki:

Ciasto czekoladowe:
  • 150 g mąki pszennej,
  • 75 g ciemnego kakao,
  • 220 g (1 szklanka) cukru,
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej,
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia,
  • 2 jajka,
  • 1/2 szklanki (120 g) maślanki,
  • 1/4 szklanki (54 g) oleju,
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego,
  • 1/4 szklanki (60 g) ciepłej wody oraz
  • 10 ciastek Oreo przełamanych na ćwiartki.
Powyżej podane składniki są na jedno ciasto czekoladowe, a my musimy upiec dwa!

Ciasto waniliowe:
  • 255 g mąki pszennej,
  • 220 g (1 szklanka) cukru,
  • 2 łyżeczki sody oczyszczonej,
  • 1/2 łyżeczki soli,
  • 125 g masła,
  • 2 jajka,
  • 1/2 szklanki (120 g) mleka,
  • 1/2 łyżeczki ekstraktu waniliowego oraz
  • 10 ciastek Oreo przełamanych na ćwiartki.
Krem:
  • 225 g serka Philadelphia,
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego,
  • 260 g cukru pudru,
  • 480 g (2 szklanki) śmietany kremówki 36%,
 Polewa czekoladowa:
  • 225 g ciemnej czekolady,
  • 120 g (2/3 szklanki) śmietany kremówki 30%,
  • 1 łyżka masła.
Ozdoby:
  • 10 ciastek Oreo (pokruszonych),
  • 4 ciastka Oreo (przepołowione).
Wykonanie:

Ciasto czekoladowe:


Do miski przesiewamy wszystkie składniki sypkie tj. mąkę, kakao, sodę, proszek do pieczenia. W kolejnej misce ubijamy jajka z cukrem. Następnie dodajemy stopniowo składniki sypkie. Po dodaniu wszystkich składników sypkich wlewamy powoli maślankę i miksujemy. Następnie dodajemy w ten sam sposób olej i ekstrakt waniliowy. Na samym końcu dodajemy ciepłą wodę, powoli i delikatnie miksujemy. Kiedy ciasto będzie miało jednolitą konsystencję, dodajemy pokruszone Oreo i mieszamy drewnianą łyżką. Ciasto wykładamy na formę 22 cm wyłożoną papierem do pieczenia. Ciasto pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez ok. 1 godzinę lub do suchego patyczka. 

Ciasto waniliowe:

Do miski przesiewamy składniki sypkie tj. mąkę, sodę i sól. W drugiej misce ubijamy masło z cukrem i następnie stopniowo dodajemy jajka. Ciągle miksując dodajemy składniki sypkie. Następnie powoli dodajemy mleko i ubijamy, teraz kolej na ekstrakt waniliowy. Na samym końcu dodajemy pokruszone ciastka Oreo i mieszamy drewnianą łyżką. Ciasto wykładamy na formę 22 cm wyłożoną papierem do pieczenia. Ciasto pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez ok. 1 godzinę lub do suchego patyczka.

Krem:

W misce ubijamy śmietanę kremówkę. Następnie w drugiej misce ubijamy nasz serek z cukrem pudrem i ekstraktem waniliowym. Do serka dodajemy stopniowo bitą śmietanę i ubijamy. Krem odstawiamy do lodówki, żeby się delikatnie schłodził. Ostrzegam, że jest bardzo, bardzo słodki.

Polewa:

Śmietanę kremówkę podgrzewamy w rondelku (nie gotujemy), dodajemy pokruszoną czekoladę i masło. Całość mieszamy ręczną trzepaczką i odstawiamy do ostygnięcia - najlepiej do lodówki na ok. 15 minut. 

***

Na paterze kładziemy ciasto czekoladowe, które smarujemy niedużą ilością kremu, następnie przykrywamy ciastem waniliowym, nakładamy krem i przykrywamy ciastem czekoladowym. Całość ciasta pokrywamy kremem. Zostawiamy tylko niewielką ilość kremu do ozdoby. Ciasto wkładamy do lodówki żeby się chwilkę schłodziło. 

Następnie dół ciasta ozdabiamy dookoła pokruszonymi ciastkami Oreo. Rękaw cukierniczy wypełniamy kremem i ozdabiamy wierzch ciasta, na którym układam połówki Oreo. Następnie górę ciasta smarujemy polewą tak, żeby delikatnie ściekała po brzegach. 

Ciasto schładzamy w lodówce i podajemy gościom.


czwartek, 8 czerwca 2017

,

Rouge Edition Velvet Bourjos



Mat na ustach stale rządzi! W mojej kosmetyczce wciąż przybywa tego rodzaju kosmetyków. Tym razem padło na Rouge Edition Velvet od Bourjous. Do zakupu skusił mnie intensywny kolor różu - nr 06 Pink Pong.



Pojemność: 7,7 ml

Cena: 50,00 PLN


Od producenta:

Nowa pomadka od Bourjois z matowym wykończeniem i intensywnymi kolorami, o lekkiej, przyjemnie nakładającej się formule, której nie czuć na ustach, nie wspominając o łatwej aplikacji, poczuciu komfortu na ustach i 24 godzinnej trwałości.

Rouge Edition Velvet ma niewiarygodną formułę, która tuż po aplikacji sprawia wrażenie lakieru do ust, ale po nałożeniu przemienia się w pięknie matową, jedwabiście gładką i lekką teksturę, która wygląda glamour i sexy! Prawdziwe odkrycie! 

Ukośnie ścięty aplikator w formie gąbeczki sprawia, że pomadkę nałożysz łatwo i precyzyjnie. Rewelacja! Niewiarygodnie zmysłowa jakość Rouge Edition Velvet pozwala cieszyć się lekkością efektu „drugiej skóry”. Utrzymanie nawilżonych ust jest głównym zadaniem wszystkich pomadek Bourjois. Subtelnie matowe usta: TAK! Ale nie ma mowy by usta wysuszały się po kilku godzinach!

Wzbogacona w czyste pigmenty i lotne olejki, formuła gwarantuje kolor, lekkość i daje poczucie ekstremalnego komfortu, a pomadka długo utrzymuje się na ustach. 

Dzięki Rouge Edition Velvet możesz uzyskać taki poziom matowego i nasyconego koloru na jaki tylko będziesz mieć ochotę, wystarczy że nałożysz odpowiednią ilość formuły. 

Żadnych wysuszonych linii, ani śladów po pomadce! Pomadka nie rozmazuje się i zapewnia jednolite krycie przez cały dzień i noc! 

Moja opinia:


Rouge Edition Velvet znajduje się w zgrabnym słoiczku. Po otwarciu pomadkę możemy stosować przez kolejne 12 miesięcy. 

Zapach pomadki dość intensywny, ale przyjemny. Aplikator ma ściętą końcówkę, więc wygodnie pomadkę rozprowadza się na usta. Formuła jest lekka, po aplikacji usta stają się aksamitne i zgodzę się z uczuciem "drugiej skóry". Chwilkę trzeba poczekać, aż pomadka "wyschnie", potem nie zostawia żadnych śladów. Usta stają się matowe od razu po nałożeniu Rouge Edition Velvet.

Kolor jest przepiękny i jeszcze do tego ta nazwa Pink Pong 😁. Rozważam jeszcze kupno czerwieni, bo wygląda intensywnie i może prezentować się na ustach obłędnie.



Jeśli chodzi o trwałość, to można zarówno traktować ją jako plus albo jako minus. Pomadka jest niezwykle trwała. Na ustach utrzymuje się kilka godzin (nawet nieco ponad 12 godzin!). 

Ciężko jest pomadkę zmyć z ust, nawet środkiem do demakijażu. Raz wieczorem nie byłam w stanie zmyć całości koloru z ust i poszłam tak spać i oczywiście rano obudziłam się z pozostałościami pomadki na wargach.

Kolejną ważną kwestią jeśli chodzi o matowe pomadki jest kwestia związana z wysuszaniem ust. Tu trzeba oddać Bourjos, że pomadka nie wysusza ust za bardzo. Nie mogę powiedzieć, że w ogóle nie wysusza, bo byłoby to nieprawdą. Przy codziennej aplikacji czuć trochę, że usta są przesuszone, natomiast nie trzeba interweniować jakoś specjalnie.

Minusem może być jej cena. Mnie się udało kupić pomadkę w promocji, jak było szaleństwo przecen w Rossmanie i nabyłam ją za połowę ceny. Przy czym, biorąc pod uwagę, że pomadki nie zużywają się zbyt szybko to zapłacenie tych 50 PLN jest warte produktu.

Poniżej zdjęcia, jak Pink Pong prezentuje się na ustach 💄💋.







niedziela, 4 czerwca 2017

niedziela, 21 maja 2017

,

Lakier Complete Salon Manicure

 
Recenzję lakierów hybrydowych od Sally Hansen możecie znaleźć tu. W tym poście recenzja  Lakieru Complete Salon Manicure.

Standardowo zaczynam od opisu produktu, a w dalszej części posta moja recenzja.

Od producenta:


Complete Salon Manicure może się pochwalić 7 korzyściami w 1 butelce plus szczoteczką do nieskazitelnego wykończenia, aby łatwo się go nakładało i by uzyskiwać rezultaty jak z salonu.

Zestaw zawiera warstwę spodnią, terapię wzrostu, kolor zainspirowany wybiegami, warstwę wierzchnią, wykończenie w stylu żelowym, ochronę przed odpryskiwaniem oraz wzmocnienie z kompleksem keratynowym, aby mieć o 64% silniejsze paznokcie – ta formuła „wszystko w jednym” zapewnia do 10 dni noszenia bez odpryskiwania. To wszystko, czego potrzebujesz do profesjonalnej stylizacji paznokci w domu!


Pojemność: 14.7 ml

Cena: ok. 30,00 PLN

Moja opinia:

 
Kolor jaki mam z serii Complete Salon Manicure to kolor o numerze 660 - Pat on the Black

Lakier mieści się w zgrabnym słoiczku ze srebrną zatyczką.  Po otwarciu możemy go stosować przez kolejne 30 miesięcy. Pędzelek lakieru jest dość duży, a jego końce wyprofilowane, dzięki czemu aplikacja jest prosta. Lubię pędzelki lakierów Sally Hansen, a właściwie te zaokrąglone końce.

Czytając opis producenta zastanawiałam się, czy testuje rzeczywiście ten sam lakier. Lakier po aplikacji schnie dość szybko, dwie warstwy zapewniają pełne krycie. Paznokcie ładnie się błyszczą i trzeba przyznać, że maniciure wydaje się być wykończony.

Complete Salon Manicure ma ochronę przed odpryskiwaniem i na paznokciach ma się utrzymywać 10 dni. Niestety w praktyce wygląda to inaczej. Odpryski pojawiają się na 2-3 dzień. Konieczne jest zmycie lakieru z paznokci w 4-5 dniu, ponieważ nie wygląda to estetycznie. Lakier utrzymuje się na paznokciach podobnie jak Miracle Gel, a aplikacja jest szybsza, ponieważ nie musimy nakładać Top Coatu. Korzystniej wychodzi też cenowo, ponieważ nie musimy inwestować w Top Coat. 

Nie zauważyłam też, że paznokcie stały się silniejsze mimo tego, że ich kondycja ostatnio nie jest najlepsza. Na pewno łatwo się zmywa i nie odbarwia płytki, to jest duży plus.

Poniżej prezentuję, jak lakier wygląd na paznokciach 💅.




piątek, 12 maja 2017

,

Puszysty sernik


Nie jestem wielką fanką sernika, ale ten sernik ze zdjęcia tak mi smakuje, że pochłaniam kawałek w całości! Jest delikatny, rozpływa się w ustach, mniam!

Zawsze myślałam, że upieczenie dobrego sernika to wyczyn, ale po podjęciu próby, nie dostrzegłam nic trudnego!

Przepis znalazłam na moim ulubionym portalu Kwestia Smaku. Zmniejszyłam ilość cukru i sernik przygotowałam w wersji bezglutenowej.

Składniki:
  • 10 jaj,
  • 1 kg twarogu (polecam twaróg Jana w wiaderku lub Śremski w kostkach - nie trzeba mielić),
  • 250 g masła,
  • 250 g cukru pudru,
  • 3 łyżki mąki bezglutenowej (wybrałam mieszkankę Schear - mąka ryżowa, jaglana z dodatkiem mączki z chleba świętojańskiego),
  •  skórka z jednej pomarańczy.
 Dodatkowo:
  • cukier puder do posypania sernika,
  • lody truskawkowe (u mnie Grycan),
  • liofilizowana borówka.
Wykonanie:

Wszystkie składniki powinny mieć temperaturę pokojową. Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni. Tortownicę o średnicy 26 cm smarujemy masłem.

Żółtka oddzielamy od białek. Do żółtek dodajemy cukier i mieszamy trzepaczką. Masło ubijamy przez 5 minut, tak żeby nabrało puszystości. Ciągle ubijając masło dodajemy po jednej łyżce żółtek wymieszanych z cukrem, potrwa to chwilę. Następnie dodajemy partami ser i miksujemy, na samym końcu skórkę z pomarańczy i mąkę.

Białka ubijamy na sztywną pianę i łączymy za pomocą drewnianej łyżki z masą serową, robimy to delikatnie.

Masę przekładamy do tortownicy i możemy piec na dwa sposoby. Standardowo na środkowej raszce przez 1 godzinę 5 minut lub ustawiamy raszkę poniżej połowy i kładziemy na nią tortownicę, a na dno kładziemy małą blaszkę wypełnioną do połowy wrzącą wodą.  Pieczmy przez 1 godzinę i ok. 20 minut.

Po upieczeniu sernik studzimy stopniowo, otwierając drzwiczki.
 
Sernik piekłam na dwa sposoby i ten drugi wydaje mi się lepszy, bo ciasto było bardziej delikatne.

Sernik posypujemy cukrem pudrem i możemy podawać z lodami i rozkruszoną liofilizowaną borówką.